40 lat temu …

65
Bollebakker - Dolata. Decydująca partia w ostatniej rundzie.

Równo czterdzieści lat temu witałem na dworcu w Poznaniu mojego kolegę z Holandii, którego do tej pory znałem jedynie z listów. W dodatku były to listy pisane w języku … esperanto. Szybko ów kolega stał się moim przyjacielem i kontakt nasz trwa do dzisiaj.

Dwunastego lipca w Szczecinie rozpoczął się turniej, w którym po raz pierwszy wystąpił w Polsce warcabista z Holandii.

Miałem wówczas 19 lat, byłem po pierwszym roku studiów. Uważałem się za doświadczonego działacza (lista zorganizowanych turniejów była już wówczas naprawdę spora) i specjalnie nie zastanawiałem się czy to się uda. Zwyczajnie postanowiłem zorganizować międzynarodowy turniej.

Gdy tylko zainteresowałem się warcabami dowiedziałem się co znaczy w tej grze Holandia! Kraj ten stał się dla mnie swoistą „Mekką”, którą chciał bym zobaczyć i … zagrać!  To zaledwie 600km od polskiej granicy, ale w latach 70tych była to przepaść finansowa (jako student bez większych kłopotów utrzymywałem się z miesięcznym budżetem równym 15-20 dolarom) i „organizacyjna”. Paszport w owym czasie był dostępny tylko dla wybrańców (w myśl znanej z filmu „Miś” zasady: „każdy kilogram obywatela na wagę złota”).

Mimo to udało mi się nawiązać kontakt z rówieśnikiem z kraju tulipanów i do tego warcabistą i kibicem Ajaxu, który to klub wówczas też podziwiałem.

Kilka lat później, w 1979 roku, gdy klub „Warcpol” (nie ten obecny, ale ten działający przez 8 lat przy Politechnice Szczecińskiej) postanowił zorganizować międzynarodowy turniej o wdzięcznej nazwie „Turniej Przyjaźni” (przyjaźń była wówczas bardzo modna!) zaprosiłem Tona do Polski. Dla niego to również nie była tania wyprawa. W tamtych latach każdy gość z „Zachodu” musiał dokonać obowiązkowej i bezzwrotnej wymiany (nasi celnicy bardzo skrupulatnie to sprawdzali!)  30 dolarów na dzień pobytu po kursie oficjalnym 4-5 razy niższym od realnego.  Na szczęście potrzebująca dewiz nasza socjalistyczna ojczyzna była miłosierna dla studentów i Tonowi wystarczyło wymienić po 15 dolarów na dzień (mimo, że „wikt i opierunek” zapewniali mu organizatorzy turnieju!).

W sprowadzeniu drugiego gościa zagranicznego pomógł mi Marek Kamieniarz, który poznał Petra wcześniej na turnieju w Czechosłowacji. Petra, studenta medycyny, nie sposób było nie lubić. Pamiętam, że jak go spotkałem po raz pierwszy na osiedlu akademickim zapytał mnie zmęczonym podróżą głosem: „Jacek, powiedz, gdzie tu u was można kupić jakieś tanie fruktowoje wino”. Petr, mimo iż był jednym z najlepszych warcabistów w swoim kraju szybko zniknął z warcabowego życia. Został lekarzem a później ordynatorem w … klinice problemów alkoholowych!

W ten oto sposób, przez kilka lipcowych dni, klub studencki „Antałek” był gospodarzem międzynarodowego turnieju. W tamtym czasie jedynie Wojtek Dolata był w stanie równorzędnie rywalizować z Holendrem, przeciętnym w swoim kraju (!), warcabistą. Jednak i Wojtek przegrał, rozgrywaną w ostatniej rundzie, bezpośrednią partię. Powód do satysfakcji ma E. Woźnica. Jest pierwszym Polakiem, który wygrał w turnieju z zawodnikiem z Holandii!

Mnie osobiście poszczęściło się w losowaniu i jako pierwszy dostąpiłem zaszczytu zagrania w Polsce z człowiekiem z HOLANDII. Ten debiut wypadł (?) … sami popatrzcie:

J. Pawlicki – T.Bollebakker 0-2 Runda I, 12 lipca 1979

25…14-19 26.37-32 19×30 27.35×24 03-09  28.32×21 22-27  29.21×32 13-19  30.24×22 17×46

Ładne, prawda? Ale czy nie ładniejsze i w dodatku dla białych było: 26.36-31!! 27×47  27.26-21 i dalej 33-39 i 39x06x!

W organizacji turnieju bardzo mi pomagał Marek Kamieniarz. Świetnie rozumieliśmy się co do tego jak turniej powinien wyglądać. Turniej miał logo, przed turniejem był wydany program w formie książeczki, a po turnieju ukazał się biuletyn z turniejowymi ciekawostkami i wszystkimi partiami.

Marek pracował w maleńkiej drukarni i wiedział jak się za to zabrać. A nie było to proste. Na każdy druk należało dostać pozwolenie i zgodę cenzora.

Okładka biuletynu

Przygotowanie do druku również wymagało sporo pracy. Najpierw każdy zapis należało sprawdzić na desce i skorygować. Kolejny etap to pisanie na maszynie. Ja chciałem by partie można było czytać kolumnami. Zatem trzeba było w jednym wierszy „wystukać” na klawiaturze na przykład posunięcie 24. 39. 54 i 69. Bo rzecz jasna wcześniej należało samemu policzyć, ile wierszy się zmieści do końca strony. Żmudny proces!

Zapisy partii w biuletynie

 

Każdy poważny turniej organizowany w tamtych czasach przez Marka i mnie kończył się biuletynem z partiami. Choćby na dynaturatowym powielaczu. Jak to jest teraz, gdy partie można wprowadzać choćby myszką, gdy są programy które w tym pomagają (choćby Draughts Arbiter) każdy widzi. Nie widziałem na przykład przez całe lata choćby jednej partii z MP64. Mało który organizator turnieju o tym myśli. Smutno.

Rzecz jasna każdy turniej trzeba “sprzedać”. Powiadomić PAP, lokalne media. Jedyne czym można było wówczas dysponować to kartka papieru i długopis, ewentualnie maszyna do pisania. Były informacje w lokalnej prasie, były i w prasie specjalistycznej:

Turniej Przyjaźni 1979 w hoelnderskiej gazecie
Dwutygodnik szachowo-warcabowy “64”

Wracając do klubu Antałek i wspomnień z turnieju nieco smutno się robi jak wielu już odeszło. Róża Kawczyńska zmarła na serce w 1989 roku w wieku zaledwie 39 lat. Marka Kamieniarza zamordowali ZOMOwcy w 1984 roku (miał niespełna 27 lat). Pięć lat temu odszedł od nas E. Woźnica – pierwszy w Polsce który pokonał Holendra! Nie żyje Mieczysław Kuciński. Przed ukończeniem 60-ki odszedł od nas Petr Jerabek. Wieku 40 lat zmarł Mirek Wójcik, człowiek obdarzony dowcipem i pomysłami w stylu Monthy Paytona. Świetny brydżysta. Odszedł w okrutnie banalny sposób. Po dwudniowym pobycie w szpitalu na badaniach stęsknił się za zwykłym jedzeniem i kupił sobie hot-doga. Zakrztusił się i zmarł niedaleko od szpitala. Opowiedział mi o tym burmistrz Myśliborza, gdy sędziowałem tam finał MP 2002. Właśnie z Mysłiborza pochodził Mirek.

Róża Kawczyńska przygląda się decydującej partii.

O losach Majewskiego, Kawczyńskiego i Komorowskiego nic nie wiem. Włodek Stasiełowicz z Drawska przyjechał kiedyś do Szczecina popatrzeć na finał MP (2000). Wojtek Dolata, specjalista onkolog w Kanadzie od pewnego czasu również działacz polityczny.

Dwaj panowie na skraju tabeli Turnieju Przyjaźni 1979 bez zmian w warcabach. Ton w Hilversum gra dla klubu w Amesfoort, a ja w Szczecinie po uszy w warcabach, niestety niezmiernie żadko przy warcabnicy.

Miło powspominać. Turniej przyjaźni miał swój ciąg dalszy. O czym napiszę za rok w sierpniu.

Turniej Przyjaźni 1979
Andrzej Komorowski, Mistrz Śzczecina 1978
Włodzimierz Stasiełowicz. Mistrz Politechniki Szczecińskij 1979
Leszek Majewski
Petr Jerzabek
Eugeniusz Woźnica
Różna Kawczyńska, ówczesna wicemistrzyni Polski
Dwóch małolatów. Organizator turnieju i zwycięzca.